czwartek, 24 stycznia 2013

Madame razy dwa


Jakiś czas temu w Polityce przeczytałem artykuł o najważniejszych debiutach literackich po zmianie naszego ustroju i wiedziony ciekawością sięgnąłem po Madame Antoniego Libery. Ukazanie się artykułu zbiegło się w czasie z teatralną premierą adaptacji tej książki w Teatrze na Woli. Ukończywszy więc książkę po kilku miesiącach wciskania jej w wolne chwile, w poniedziałek pojawiłem się na spektaklu.


Swoją drogą, lektura Madame uświadomiła mi siłę marketingu. Czy nie jest tak, że przeczesując książkową blogosferę nabieramy ochoty na książki świeże, dobrze recenzowane, które ukazują się jednocześnie u wielu blogerów czy w mediach? Za Liberę wziąłem się według klucza wspomnianego artykułu, czyli jako jedną z ważniejszych książek lat 90 – tych, i wówczas dotarło do mnie, jak świetne książki mamy dosłownie pod nosem, podczas gdy brniemy w wątpliwej jakości nowości tylko dlatego, że się dużo o nich czyta/słyszy...

Do rzeczy:

1. Madame ma moją ulubioną cechę – wielowymiarowość. Z jednej strony to opowieść o młodzieńczej, wyidealizowanej miłości do zjawiskowej nauczycielki francuskiego. Z drugiej – opowieść o zwyrodniałym systemie politycznym, odzierającym ludzi z godności, tłamszącym w zarodku twórczą myśl i artystyczne ambicje, a także przeżartym kłamstwem do szpiku kości. Jeszcze inną warstwą jest obraz rozterek młodego, nadwrażliwego, nieco efemerycznego młodzieńca, który przede wszystkim marzy o Życiu na miarę Literatury. Jest to też książka z wyraźnym akcentem położonym na książki same w sobie – ich wartość, siłę i inspirację z nich płynącą. Podczas lektury kilkukrotnie ten aspekt przywodził mi na myśl Zafónowskie uwielbienie dla słowa pisanego.

2. Książka napisana jest kapitalnym językiem i ma rodzaj humoru, który bardzo cenię. Główny bohater zasypuje czytelnika masą swoich przemyśleń, knując intrygi miłosne w celu zdobycia Madame i snując wyobrażenia na temat swoich porażek i sukcesów. Jego emocjonalne rozterki zajmują wiele stron, (no dobra, może czasem zbyt wiele), ale jednocześnie pod tą watą słów, nawiniętym makaronem zdań, tętni jakiś podskórny chichot, stłumiony rechocik. Często łapałem się na tym, że czytam kolejne strony z uśmiechem na twarzy i nie jestem pewien – czy to moje złudzenie, czy Libera z taką maestrią włada językiem, iż przekazuje czytelnikowi niewysłowiony „infrahumor”. Książka niepozbawiona jest oczywiście melancholii czy klimatu rezygnacji przy fragmentach bardziej upolitycznionych, ale równowaga zostaje zachowana i dzięki temu powieść zdaje się być jednocześnie zarówno lekka, jak i wypełniona po brzegi czymś wartym przemyślenia, przetrawienia.


3. Adaptacja w Teatrze na Woli bardzo mi przypadła do gustu, ale muszę poczynić dwa spostrzeżenia. Po pierwsze, bez lektury książki nie ma co na nią iść, bo niektóre wątki są ujęte dosyć syntetycznie i mogą budzić niezrozumienie. Po drugie, W całym spektaklu nieco na drugi plan zostaje zepchnięty wątek miłosny, zaś obszernie ukazane jest tło historyczno – polityczne powieści. Ponadto, cały spektakl kładzie duży nacisk na aspekt komiczny książki, co nadaje całości bardzo rozrywkowego charakteru. Należy wspomnieć o świetnej – moim zdaniem – głównej roli Waldemara Barwińskiego i podkreślić ciekawe rozwiązanie oprawy muzycznej – na scenie, przez cały spektakl na żywo gra instrumentalne trio, będące chwilami istotną częścią przedstawienia.

Podsumowując – gorąco polecam Madame, najpierw w wersji powieściowej, a następnie teatralnej.

A teraz, w ramach eksploracji polskich debiutów sprzed paru lat, wezmę się za Weisera Dawidka...

czwartek, 15 listopada 2012

Hoło viator – religijne peregrynacje Szymona Hołowni


Z niecierpliwością czekałem na najnowszą książkę Szymona Hołowni. Doceniam go za publicystyczne zacięcie (nie mylić z zacietrzewieniem), renowację zetlałych frazesów, przystępny przekład trudnych dla przeciętnego zjadacza chleba kościelnych realiów na aktualny język życia publicznego, a przede wszystkim – twórczą nadpobudliwość połączoną z kreatywnością. Potrafił zaskoczyć w Monopolu na zbawienie, poruszyć w Ludziach na walizkach i zachęcić do poszukiwań w boskiej biografii: Bóg. Życie i twórczość. Od dłuższego czasu na łamach prasy pojawiały się jego felietony pisane z Zambii lub Ameryki Południowej, więc spodziewałem się, że jego najnowsza książka będzie nosiła ślad tych podróży. No cóż, okazało się, że nie były to jedyne wojaże Hołowni...

Na stronach Last minute. 24h chrześcijaństwa na świecie autor odwiedził sześć kontynentów, około dwudziestu państw. W jakim celu? By pokazać czytelnikom (a zdaje się również, że sam tego potrzebował, gdyż wątek laicyzacji Zachodu spędza mu sen z powiek), że chrześcijaństwo we wszystkich swych odmianach to rzecz o wiele większa niż wydaje się zwykłym zjadaczom chleba (także tego konsekrowanego) patrzącym jedynie na rodzimy, katolicki ogródek. Książka ma świetną formułę – z jednej strony mamy ustępy, gdzie głos ma sam publicysta i w charakterystycznym dla siebie stylu relacjonuje swoje wrażenia z podróży, ale nie stroni też od nakreślania w nieco eseistycznej formie rysów historycznych czy społecznych odwiedzanych miejsc. Z drugiej, dostajemy fragmenty, w których Hołownia przeprowadza wywiady z osobami, do których chciał dotrzeć, przy czym oddaje im głos na dłużej niż kilka zdań, których oczekiwalibyśmy od zwykłego prasowego wywiadu. Ta forma zdecydowanie zdaje egzamin – nieco egzaltowany i efekciarski styl dziennikarza, do którego zdołał nas przyzwyczaić w swoich książkach i artykułach zostaje nieco na bocznym torze, nie powoduje przesytu czy wręcz irytacji, a wywiady są przeprowadzone naprawdę ciekawie.

Ciekawi są też ludzie, których autor spotyka na swojej drodze. Honduras: kardynał Maradiaga, który osobiście pilotuje śmigłowce, którymi przemieszcza się do wiernych i przez cały czas jest otoczony ochroną, gdyż stale naraża się na gniew narkotykowych karteli. Papua – Nowa Gwinea: ekipa misjonarzy tłumacząca Biblię na endemiczne języki miejscowych plemion, w których nie ma takich słów jak baranek czy żłób. Guam: komandor podporucznik, będący jednocześnie duszpasterzem amerykańskich żołnierzy. USA: ludzie z radykalnego ruchu The Simple Way, którzy z pacyfizmem na ustach i łatką lewicowych radykałów każdego dnia szukają mistyki i pragną, by Słowo stało się ciałem. Turkmenistan: polscy księża wytrwale od lat budujący wspólnotę katolików w skrajnie trudnych warunkach społecznych i politycznych. Last minute ma 24 rozdziały i każdy z nich niesie ze sobą inną historię toczącą się w innym miejscu, innych warunkach i wszyscy czytelnicy znajdą tam coś dla siebie.

Zaraz, zaraz. Jak to wszyscy? Przecież założenie jest takie, że Hołownia to publicysta na wskroś katolicki, do którego jakiś czas temu przylgnęło określenie Terlikowski light. Więc książka jest tylko dla katolików, prawda? No cóż, moim zdaniem niezupełnie. Last minute to pozycja, którą poleciłbym chociażby antyklerykałom. Kościół katolicki zdaje się być w naszym kraju wygodnym podmiotem publicystycznej chłosty (choć nie ukrywajmy – niejednokrotnie jest za co), jednakże przy przyjęciu odpowiedniej perspektywy, nawet najgorliwszy przeciwnik musi przyznać, że Kościół na całym świecie (w Polsce również, choć nie o tym jest mowa) ma „za uszami” olbrzymie ilości rzeczy po prostu dobrych i potrzebnych, w których państwo czy społeczeństwo jako takie nie radziłoby sobie. Poza tym, prezentując feerię barw religijnego życia na globie, w skrajnie odmiennych uwarunkowaniach, Hołownia „wyciąga” czytelnika ponad polskie piekiełko i pokazuje, że chrześcijaństwo jest rzeczą o wiele większego kalibru, niż lokalnym, europejskim zjawiskiem. Gdyby popatrzeć nań ze świeckiego punktu widzenia, jest ideą, która – tak jak prawa człowieka czy międzynarodowe organizacje – ma szeroki zasięg i konkretny przekaz. Oczywiście każdy może mieć inne zdanie na ten temat (myślę, że znaleźliby się chętni, którzy spokojnie mogliby napisać Last minute w lustrzanym odbiciu, 24 rozdziały rozliczania chrześcijan) ale faktom ciężko zaprzeczyć. Jest to też książka w dużym stopniu o charakterze ekumenicznym – wielokrotnie dostajemy tu rozważania, z których wynika jasno, że prawosławie, protestantyzm, katolicyzm i inne odłamy, to tak naprawdę spojrzenie w tym samym kierunku, choć z różnych perspektyw, a dziennikarz świetnie odnajduje się w tym kontekście i potrafi to dobrze ubrać w słowa.

Szymon Hołownia nie zawiódł. Last minute. 24h chrześcijaństwa na świecie, rewelacyjnie wydane, czyta się jak dobrą literaturę podróżniczą, choć traktuje o wojażach w ograniczonym zakresie. Co istotniejsze – to książka prowokująca do myślenia, przewartościowywania, szukania nowych punktów widzenia zarówno do apologii, jak i do krytyki chrześcijaństwa w świecie. O samej książce niewiele więcej już można powiedzieć... Raczej trzeba przeczytać. Warto.

piątek, 9 listopada 2012

Gdzie jest maszynista?


Moja lektura najważniejszej powieści Bronisława Wildsteina ciekawie się zbiegła w czasie z ostatnimi wydarzeniami wstrząsającymi jedną z najważniejszych gazet codziennych w Polsce. Oto na łamach ukazuje się artykuł wybiegający poza dziennikarską rzetelność, dotykający najdrażliwszych kwestii polskiego życia publicznego. W mediach następuje krótkie, ale gwałtowne wyładowanie atmosferyczne, po czym informacje zostają zdementowane, choć zdążyły na ich temat wypowiedzieć się najważniejsze osoby w państwie, aczkolwiek dementi tak naprawdę nie jest ostateczne. Po kilku dniach wydawca zwalnia z redakcji bezpośrednio odpowiadającego za artykuł dziennikarza oraz jego zwierzchników. Ta sytuacja do złudzenia przypomina historię przedstawioną w Dolinie nicości. Mam jedynie nadzieję, że nie ma aż takiego drugiego dna, jak ta z książki, bo opowieść Wildsteina nie jest ani łatwa, ani lekka, ani przyjemna.

Do młodego dziennikarza śledczego Stanisława Czułny trafiają materiały obciążające jedną z najważniejszych postaci polskiej kultury, uznanego przez ogół Polaków za autorytet profesora Lwa. Nie byle jakie to materiały, bo są to dokumenty dowodzące, że profesor w latach poprzedniego systemu współpracował z SB. Medialna bomba zostaje zaakceptowana do publikacji przez redaktora naczelnego Kuriera, Adama Wilczyckiego. Zgodnie z przewidywaniami, informacje wstrząsają opinią publiczną. Rozpętana zostaje bezwzględna, zakulisowa gra, w której Wilczycki i Czułno są zwierzyną łowną, a mająca na celu uciszyć wszelkie głosy nawołujące do przeprowadzenia lustracji raz na zawsze. W nagonce pierwsze skrzypce gra wszechwładny magnat medialny, Michał Bogatyrowicz, który pociąga za wszystkie sznurki medialnego półświatka. W sukurs przychodzi mu również Jan Return, legenda polskiego dziennikarstwa, który niesie za sobą skrywaną przez lata dramatyczną historię... W tym galimatiasie znajdzie się również Kościół, biznesowe elity, byli agenci oraz drugoplanowi architekci potransformacyjnego porządku, działający w białych rękawiczkach... Czy skompromitowany przez przeciwników Wilczycki zdoła oczyścić swoje imię i doprowadzić kanalie przed oblicze sprawiedliwości? Czy tajemnicze zbrodnie z przeszłości zostaną raz na zawsze rozliczone? Czy szeroko zakrojona manipulacja Bogatyrowicza powstrzyma kamyk zwiastujący lawinę? Od siebie powiem, że nie warto wierzyć swoim przeczuciom...

Powieść udało mi się nabyć za kilka złotych w formie e-książki, a że to wciąż pole dynamicznego rozwoju wydawniczego, zawsze warto zwrócić wydawcom uwagę na ewentualne rzeczy do poprawki. Niestety, tekst (przynajmniej na czytniku kindle) dosyć mocno się zlewa, dialogi czasem bezpośrednio przechodzą w narrację, co utrudnia czytanie i połapanie się w wątkach. Co więcej, poszczególne ustępy w tekście nie są zaznaczone wcięciem (akapitem) co komplikuje wyłapanie dynamiki opowieści.

Wildstein opracował ciekawą, wielowątkową fabułę na bardzo nośny temat. Mimo pewnych z góry poczynionych przeze mnie założeń, udało mu się zaskoczyć. Może uśpiło moją czujność zaszufladkowanie autora do konkretnej opcji światopoglądowej, ale kreowany świat jest po prostu interesujący, choć narracja bywa, moim zdaniem, nieco ciężkostrawna. Demokracja, która na dobre nie zapuściła korzeni, owocuje patologiami na najwyższych szczeblach. Nierozliczona przeszłość sączy truciznę w społeczny krwiobieg. Media są szalenie podatne na manipulacje i uwikłane w niejasne zależności. Obraz dosyć przygnębiający, może trochę trąci spiskową teorią dziejów, ale jednocześnie wydaje się w jakiś sposób prawdziwy. Lustracja to niewątpliwie kwestia sporna w najnowszej historii RP, ale nie dajmy się zwieść pozorną nieobecnością tematu w mediach. Ujawnienie i rozliczenie aparatu PRL jest wciąż sprawą gorącą, budzi wiele wątpliwości (co Wildsteinowi dobrze udało się pokazać), a co gorsza – demonów z przeszłości zarówno konkretnych ludzi, jak i społeczeństwa.

Pisarz kreśli dwuznaczności postaw postaci, każda z nich ma mocno rozbudowaną historię i motywacje. Niestety, potencjał niektórych charakterów pozostaje niewykorzystany, gdyż autor niespecjalnie operuje chociażby językiem postaci. Odniosłem wrażenie, że większość z nich wygłasza bez charakteru swoje kwestie, które niejednokrotnie są sążniste i merytoryczne, ale też przez to nieco... sztuczne. Kluczowi bohaterowie nie mają w swoich wypowiedziach niczego, co by przykuwało uwagę, dodatkowo ich charakteryzowało, wygłaszają swoje zdania niejako „z urzędu” i przez to rozmywają się pośród plejady drugorzędnych postaci, a powiedzmy sobie otwarcie – Wildstein kreuje ich olbrzymią ilość. Dialogi są papierowe, mało wiarygodne. Atutem Doliny nicości jest literackie odzwierciedlenie realnego świata polskich mediów – niektórzy bohaterowie do złudzenia przypominają prawdziwych ludzi ze świecznika i przyjemnym elementem rozgryzania tej książki było dopasowanie pewnych faktów fikcyjnych do ich rzeczywistych odpowiedników. Oczywiście autor czyni to według klucza swoich poglądów politycznych i społecznych, więc można to rozpatrywać bardzo różnie, ale dla mnie to akurat plus – pełnokrwista, aktualna powieść z przekazem nie zdarza się za często.

Wreszcie, przebrnąwszy przez moje wrażenia, tłumaczę się z tytułu tego tekstu. Bardzo mnie zaintrygowała refleksja Bogatyrowicza, w której analizował nieodzowność swojego postępowania dla utrzymania polityczno – społecznego status quo i użył wobec siebie określenia, iż jest jednym z tych, którzy siedzą w maszynowni świata. Po zakończeniu Doliny nicości w mojej głowie nieznośnie kołatała się taka wątpliwość... Czy ta metaforyczna maszynownia świata istnieje? Czy faktycznie można uznać, że gdzieś istnieje grono architektów naszego sposobu myślenia, który swoją władzą może pognębić prawdę i sprzedać każdy fałsz? Czy może jednak rzeczywistość jest bezwładną lokomotywą bez maszynisty, podatną na wykolejone przez kogoś tory? Ostatnie wydarzenia w polskiej prasie i polityce wskazują na to, iż nasze status quo to w rzeczywistości beczka prochu, której lontem może być tylko artykuł w gazecie. Dziennikarski błąd czy intryga maszynisty? Niedochowanie staranności czy odskakująca pokrywka znad garnka zbiorowych wątpliwości?

środa, 7 listopada 2012

Między prawicycą a lewicycą


Fundamentalne pytania: Czy cel uświęca środki? Czy obalony dyktator deklarujący w drodze na szafot „chciałem dobrze i rządziłem zgodnie z moi ideałami!” jest moralnie rozgrzeszony? Czy aby poskromić zło można posłużyć się jego metodami w obronie dobra?

Jeżozwierz Juliana Barnesa to przewrotnie napisana powieść, choć fikcja miesza się z niej z nieodległymi faktami z historii XX – wiecznej Europy. Transformacja ustrojowa, Jesień Narodów, rozpad Związku Radzieckiego, westernizacja środkowoeuropejskich społeczeństw, historyczne rozliczenia z aparatem socjalistycznym... Brzmi znajomo? Wprawdzie opowieść osadzona jest w nieistniejącym postkomunistycznym państwie (choć Barnes wyraźnie nawiązuje w książce do Bułgarii, a bohatera można skojarzyć z Todorem Żiwkowem) ale polski czytelnik z pewnością odnajdzie w tej książce pewien mianownik, który łączy wszystkie demoludy przechodzące przez bolesne przemiany lat dziewięćdziesiątych.

Stojo Petkanow, komunistyczny przywódca kraju, wskutek wolnościowych zmian wstrząsających całym Związkiem Radzieckim, traci władzę i oczekuje w swojej celi na precedensowy proces. Po pierwsze, nie do końca wiadomo, na podstawie jakiego prawa go sądzić, skoro przez kilkadziesiąt lat je tworzył i według niego działał zgodnie z prawem. Po drugie, czy proces w ogóle należy się tyranowi nie cofającemu się przed uśmiercaniem rodaków i zupełną degrengoladą gospodarczą kraju tylko po to, by stworzyć w pełni socjalistyczne państwo? Wielu wystarczyłby pluton egzekucyjny lub sfingowany wypadek, albo „proces moralny”, czyli na dobrą sprawę pokazowy. Po trzecie, czy w ogóle da się wydać rzetelny wyrok , skoro brakuje dowodów celowo zniszczonych przez aparat państwowy, ewentualni świadkowie nie żyją, a zdegenerowany system prawny nie wskazuje tego, co jest przestępstwem, a co nie? Petkanow nie ucieka przed sprawiedliwością, staje na sali sądowej z otwartą przyłbicą i jako socjalista głęboko wierzący w „naukowe metody” i „demokrację ludową” chce odpowiadać jedynie za ewentualne błędy polityczne, a nie moralne. Mistrz manipulacji i sofistycznej retoryki nie dostrzega żadnych etycznych wypaczeń swoich rządów i nie zamierza odejść bez walki...

Kto więc podejmie się walki z tyranem? Antagonistą Petkanowa staje się Piotr Soliński, profesor prawa wyniesiony do urzędu prokuratora generalnego na fali demokratycznych przemian. Jest świadom, że ludzie chcą krwi, głowy Petkanowa toczącej się po bruku, drugorzędne znaczenie ma dla nich sprawiedliwy i rzetelny proces. Soliński, zacietrzewiony opozycjonista, syn partyjnego renegata i sam za młodu gorąco wierzący w socjalizm, stara się zniszczyć dyktatora lege artis, ale uświadamia sobie, że to nie jest możliwe... Czy odważy się sięgnąć po ciosy, jakich nie powstydziłby się jego oponent?

Całość powieści nie jest specjalnie porywająca, ale nie pozwala przejść obok siebie obojętnie. Dwóch wiarygodnych, ciekawych bohaterów, świetnie zarysowane realia historyczne i stan ducha społeczeństwa żądnego chleba (dosłownie) i igrzysk (w rozliczeniu Petkanowa) to zdecydowanie mocne punkty tej powieści. Barnes nie pozwala sobie na niedoróbki, całość jest złożona i przewrotna – nie wierzę, że ktokolwiek od początku do końca miał jednoznaczną moralną ocenę bohaterów. Trzeba też docenić pewne diagnozy, jakie stawia Barnes, osoba z zupełnie innego kręgu polityczno – kulturowego. Zastanawiające są reakcje młodych ludzi na proces transmitowany w telewizji – czy oni chcą sprawiedliwości, czy z góry ustawionego starcia nowego porządku ze starym? Czy pewnych idei nie kupili zupełnie bezkrytycznie? Historia pokazała, że socjalizm jest ustrojem stworzonym na absolutnie błędnych założeniach, który ulega koszmarnym w skutkach wypaczeniom, ale czy demokracja niesie ze sobą jedynie dobre zmiany? Bardzo mi się podobała lektura tej książki obecnie, gdy ten demokratyczny, wolnościowy model gospodarki oparty głównie na sztucznie pompowanym wzroście, potknął się kilka lat temu i niemrawo się podnosi. Przytoczę fragmenty rozmowy obu głównych bohaterów:

- Czego chcą ludzie? Chcą stabilizacji i nadziei. I myśmy im to dali. Nie wszystko było doskonałe, ale za socjalizmu ludzie mieli podstawy, by marzyć, że kiedyś tak będzie. A wy – wy daliście im tylko destabilizację i brak nadziei. Zalew przestępczości. Czarny rynek. Pornografię. Prostytucję. (…) Sprzedają pornografię na schodach mauzoleum pierwszego przywódcy. Uważasz, że to dobry dowcip? Uważasz, że to mądre? Uważasz, że to postęp?
-(…) Powiedziałbym, że pierwszy przywódca specjalizował się w pornografii. (…) Powiedział pan, że dawaliście ludziom nadzieję. Nie, wy dawaliście im złudzenia. Wielkie cyce, ogromniaste kutasy i nieustanne pieprzenie się każdego z każdym. Tym kupczył pański pierwszy przywódca, a przynajmniej politycznymi odpowiednikami. Pański socjalizm jest tego właśnie typu złudzeniem. A nawet jeszcze większym. W tym, co sprzedają przed mauzoleum jest przynajmniej jakaś doza prawdy, w tych wszystkich świństwach.
-No i kto ucieka się do tanich porównań, Piotrze? Jak miło słyszeć prokuratora generalnego występującego w obronie pornografii. Jesteś bez wątpienia równie dumny z inflacji, czarnego rynku, kurw na ulicach?
-Są trudności. (…) Jesteśmy w okresie przejściowym. Muszą być bolesne przystosowania. Musimy zrozumieć twarde reguły ekonomiki. Musimy wytwarzać towary, które ludzie chcą kupić. Wtedy osiągniemy dobrobyt.
-(…) Pornografia, mój drogi Piotrze. Cyce i kutasy. Czego i tobie życzę.

Jeżozwierz nie jest książką powalającą. Wydaje się mniej poruszający niż Poczucie kresu, choćby dlatego, że los Anthony'ego Webstera dotyka w jakiś sposób każdego z nas, a starcie Solińskiego i Petkanowa ma zupełnie inny wymiar i tematykę. Jednak nie można zaprzeczyć, że książka Barnesa stawia fundamentalne pytania – zarówno przy lekturze, gdy jesteśmy blisko przeżyć bohaterów, jak i w oderwaniu od niej. Myślę jednak, że nie każdy chce na te pytania sobie odpowiadać, zwłaszcza że są osadzone w dosyć statycznej fabule. Nie ma w tej książce fajerwerków, twistów fabularnych, olśniewającej puenty. Jednak jest to proza o iście angielskiej elegancji, błyskotliwie napisana, złożona i... (to chyba będzie już u mnie słowo klucz w przypadku Barnesa) przewrotna. Nie każdemu się spodoba, ale ja stawiam tę pozycję na półce obok Poczucia kresu i wiem, że nie przejdę obojętnie obok następnych książek autora Jeżozwierza. 

poniedziałek, 22 października 2012

O czym myśli Jerzy Stuhr?


Od dobrych kilku miesięcy na listach bestsellerów widnieją dzienniki Jerzego Stuhra z okresu walki z chorobą nowotworową, zatytułowane Tak sobie myślę... Nie sposób przejść obok tej pozycji obojętnie, chociażby ze względu na nietuzinkowość osoby autora. Wykładowca akademicki, który wypuszcza spod swych skrzydeł kolejne pokolenia ludzi związanych ze sceną. Aktor uniwersalny w najszerszym tego słowa znaczeniu: jego osiągnięcia na deskach teatrów, po obu stronach kamery, w dziedzinie dubbingu czy tworzeniu słuchowisk można wyliczać w nieskończoność. Wreszcie: człowiek rodzinny, obywatel, patriota, inteligent. Dlatego też, gdy Stuhr mówi, że „sobie myśli”, z nieodpartą ciekawością chciałem się dowiedzieć o czym.

Najpierw kwestie techniczne. Wydawnictwo Literackie zrobiło świetną robotę. Książka wydana jest w wygodnym formacie, twardej oprawie i ma rewelacyjną szatę graficzną. W tekst doskonale wkomponowane są fotografie związane z treścią zapisków, a także przedrukowane są strony oryginalnego dziennika, które, oprócz waloru czysto estetycznego, nadają książce rodzaj pewnej ciężko uchwytnej... intymności? Bezpośredniości? Patrząc na własnoręczne bazgroły Jerzego Stuhra ma się dodatkowe wrażenie autentyczności czytanego tekstu.

A trzeba podkreślić, że lektura jest pierwszorzędna. Wprawdzie wszędzie zaznacza się, że Tak sobie myślę... było spisywane w czasie walki z chorobą, ale osobiście odniosłem wrażenie, że nowotwór jest swego rodzaju tłem, sztafażem, który spowija wszystkie rozważania autora, ale jednocześnie nie jest to kwestia dominująca w całym tekście. A skoro nie tylko o chorobie, to o czym pisze Stuhr? O wszystkim po trochu!

Dużo miejsca poświęca kulturze, ze zrozumiałym akcentem położonym na teatr i film. Podsumowuje swój dorobek artystyczny, poddaje gruntownej krytyce to, co mu się nie podoba, rozważa na temat istoty zawodu aktora i jego przyszłości. W tej sferze wykazuje się daleko posuniętym krytycyzmem, bezkompromisowo piętnuje słabości współczesnego kina czy teatru. Gdy mówi o swoich dokonaniach, bądź o dokonaniach bliskich, wydaje się o wiele bardziej tolerancyjny, ale ciężko od niego wymagać w tej materii obiektywizmu.

Stuhr jest także bacznym obserwatorem rzeczywistości, zarówno w kontekście polityczno – społecznych aktualności, jak i z szerszej, długofalowej perspektywy. Komentuje na bieżąco, czasem granicząc nawet ze złośliwością czy gniewem, medialne doniesienia z tych kilku miesięcy, w których prowadził dziennik. Jest surowy dla rodaków, gdy wykazują się prowincjonalizmem lub typowo polską megalomanią. Precyzyjnie diagnozuje polskie kompleksy, ale czyni to bez większego zacietrzewienia, choć w kilku momentach zaczyna się dosyć otwarcie z wyższością szarogęsić. Pisze o futbolu, patriotyzmie, mediach, zachowując swój indywidualny, często bardzo krytyczny, punkt widzenia.

Forma dziennika ma to do siebie, że w największym stopniu odsłania wnętrze samego diarysty. W Tak sobie myślę... Jerzy Stuhr pisze bez - jakże charakterystycznego dla współczesności – emocjonalnego ekshibicjonizmu, ale pisze o rzeczach dla siebie ważnych, które mają lub miały dla niego szczególne znaczenie. Rozważa swoją ścieżkę zawodową, wspominając kluczowe punkty w swojej karierze, a także, w kontekście swojej pracy akademickiej, przedstawia swoje aktorskie credo. Daje się również we znaki jego inteligencki rodowód – uważa się za pełnoprawnego przedstawiciela tej endemicznej klasy społecznej i to także stanowi pewien pryzmat, przez który obserwuje rzeczywistość. Ciepło pisze o swoich najbliższych – jednym z najważniejszych wątków jest rodzinne i pełne ekscytacji oczekiwanie na wnuczkę; często pisze również o swoim synu, kibicując mu i po ojcowsku troszcząc o jego zawodową drogę. W wielu momentach przytacza myśli swoich autorytetów i mistrzów, by nad nimi chwilę się pochylić, sypie anegdotami, a kilkukrotnie jego zapiski dotyczą ważnych dla niego postaci, którzy odeszli w okresie prowadzenia dziennika (w tym kontekście np. bardzo ciepło wspomina Vaclava Havla). Wzruszające jest przytaczanie niektórych listów, pełnych otuchy i wsparcia, które otrzymuje od różnych ludzi, zarówno dzielących z nim los chorego, jak i osób, którzy poczuli potrzebę wyrażenia swoich uczuć wobec kogoś dla nich ważnego. Wreszcie, Tak sobie myślę... ukazuje człowieka, który z nadzieją i uporem trzyma się życia i zwycięsko wychodzi z choroby, przy czym najbardziej poruszające są dla mnie dwa momenty tej książki. Pierwszy, gdy autor pod koniec książki, tworzy listę dobrych rzeczy, jakie dała mu choroba. A drugi to załączony na koniec książki wywiad dotyczący już tylko choroby i walki z nią.

Dziennik czasu choroby Jerzego Stuhra jest znakomitą rozrywką, (zarówno intelektualną, jak i emocjonalną), a także kopalnią cytatów, anegdot i ciekawych rozważań. Od poglądów aktora można się dystansować, spierać się z nim lub je akceptować, ale myślę, że lektura Tak sobie myślę... nie pozostawi nikogo obojętnym, zwłaszcza, jeżeli w ciągu ostatniego roku śledziło się życie społeczne i kulturalne naszego kraju. Czasem Stuhr na kartach dziennika jest dosadny i bezkompromisowy, z drugiej strony bywa czuły i wrażliwy, ale czytając tę książkę mamy pewność, że obcujemy z jedną z najciekawszych postaci polskiej kultury. 

środa, 17 października 2012

Wizja lokalna: "Trociny"

Mam to szczęście, że studiuję w Warszawie, w której dzieje się akcja niezliczonych polskich książek, a między innymi, recenzowanych na homo legens Trocin Krzysztofa Vargi. Zawsze intrygowała mnie kwestia "przełożenia" rzeczywistości na prozę oraz zdolność pisarzy do plastycznego i wiarygodnego jej oddania. Dlatego też w ostatnią niedzielę, korzystając ze świetnej pogody, wpadłem na pomysł empirycznej konfrontacji części świata opisanego w Trocinach i rzeczywistych miejsc, w których toczyła się akcja książki. Zapraszam do przejrzenia kilku zdjęć: miejsca, gdzie wychował się bohater książki, Piotr Augustyn, oraz sceny, na której zostały odegrane finałowe sceny powieści. Aparat i fotograf są wątpliwej jakości, wybór zdjęć i ujęć również jest mocno subiektywny, ale... wydaje mi się, że po lekturze Trocin te zdjęcia mają jednak pewien ładunek atmosfery z książki.


W blokach przy ulicy Dragonów wychowywał się Piotr Augustyn, główny bohater "Trocin".

Szare bloki skąpane są w zieleni, a szczególne wrażenie robi winorośl, spowijając całe budynki (tutaj mieni się czerwienią w prawym górnym rogu).

Z drugiej strony budynku winorośl już nie ma liści, ale i tak robi niesamowite wrażenie. Wygląda to dosyć... przygnębiająco...
... ale z drugiej strony inspirująco.
Za budynkiem, na niedużym pagórku stoi kilka zmurszałych poidełek dla ptaków, straszących startymi przez czas płaskorzeźbami. Były całkowicie porzucone, żadne zwierzę się do nich nie zbliżało... Po co tam stoją? Chyba nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie. Po prostu relikt, pozostałość po minionym czasie, która wątpliwie świadczy o tym, że rzeczywistość ma jakąś ciągłość w czasie.
W tle jedno z poideł, które się rozpadło na części...






Jedyny obserwator mojego spaceru, którego w myślach nazwałem Leonidas - to przez ten rudy nosal rodem ze spartańskiego hełmu :)
Okaleczona przez czas rzeźba.


Pomnik "Chwała saperom" w całej okazałości, w ostatnich promieniach jesiennego słońca...

Miejsce spotkania bohaterów w finale powieści.
Przejście podziemne tuż za pomnikiem. A na końcu...


... płaskorzeźba.

Nadwiślański brzeg. Czy to na tej skarpie po prawej stronie miały miejsce dramatyczne wydarzenia z finału książki?



Mam nadzieję, że Ci się podobało. Podziel się wrażeniami w komentarzu!

czwartek, 11 października 2012

Jeżycjada – historia choroby


Wirus zaatakował znienacka, gdy miałem kilka lat. Nosicielką była moja mama, przekazując mi niesforne mikroby razem z dziecięcą książeczką pt. Hihopter. Następnym stadium była Ida sierpniowa omawiana na lekcjach języka polskiego w podstawówce, a niedługo potem zwycięstwo w szkolnym konkursie znajomości literatury Małgorzaty Musierowicz (dla jasności – wcale nie jestem nieskromny, na konkursie pojawiły się trzy osoby, a nagród było siedem; wtedy też po raz pierwszy zrozumiałem, że czytanie jest w moim pokoleniu anomalią mieszczącą się w błędzie statystycznym). Gdy w wieku gimnazjalnym furorę zrobił portal społecznościowy grono, jednym z forów, w których uczestniczyłem była właśnie Jeżycjada. Z niepokojem odkryłem, że byłem jedynym samcem aktywnie udzielającym się w dyskusjach. Zakochałem się w obrazku Beaty Bitner z mojego wydania Brulionu Bebe B. Gdy założyłem konto na facebooku, nie bardzo jeszcze rozumiejąc chaos aplikacji, powiadomień, gier i tak dalej, nie mogłem sobie odpuścić i zrobiłem test Którą postacią z Jeżycjady jesteś? Zgadnijcie, jaki otrzymałem rezultat: podpowiem jedynie, że jestem jedną z sióstr Borejko. Gdy wychodziły kolejne części – z miejsca zdobywałem je i pochłaniałem z zapałem godnym lepszej sprawy. Podczas wolnych dni spędzanych w domu, zazwyczaj na chybił – trafił wybierałem jeden tom i czytałem po raz nie wiadomo który, mając z tego nieodmiennie wielką przyjemność. Finalnie, sam zacząłem prątkować – podrzucam Jeżycjadę znajomym i bliskim, gdy szukają czegoś lekkiego i przyjemnego na jesienne i zimowe wieczory. I też zaczynają chorować!


Skąd ten wstęp? Otóż moja chorobliwa słabość do sagi rodu Borejków daje o sobie znać po raz kolejny. Parę dni temu w księgarniach pojawiła się McDusia – dziewiętnasty tom poznańskiego cyklu. Po lekturze pomyślałem – zrecenzuję ją na blogu! Ale niestety... pomimo kilku prób nie potrafię.

Mimo pełnej świadomości wad tych książek, nie jestem w stanie opanować entuzjazmu, z jakim darzę każdą kolejną część. Jak w krzywym zwierciadle – przy powiększonych zaletach, umniejszam ich słabości, czytam każdą z jednakowym zaangażowaniem i radością. Za każdym razem z taką samą chęcią wpadam między strony, z których bije wręcz metafizyczne ciepło – nie oszukujmy się, mocno wyidealizowanego – świata. Mimo powtarzanych schematów, zawsze jednakowo przeżywam zabawne perypetie i sercowe rozterki bohaterów. Każda część jest jak spotkanie z dawno nie widzianymi znajomymi i chociaż nie można powiedzieć, że wszystkie części Jeżycjady są na równym poziomie, każda spotyka się u mnie z ciepłym przyjęciem. Prawdy życiowe, mimo że wyświechtane, przekazane są prosto i od serca. Moje zamiłowanie do tej serii sprawia, że pisząc o niej krytycznie – przeczyłbym dokumentnie moim odczuciom.

McDusia nie jest szczytowym osiągnięciem Małgorzaty Musierowicz, ale znakomicie wpisuje się w konwencję całej Jeżycjady. Jest śmiesznie, wzruszająco, sentymentalnie... Warto czytać tę książkę znając poprzednie części – na kartach pojawia się, choćby epizodycznie, dużo postaci znanych z innych tomów, co dodatkowo budzi wiele pozytywnych wspomnień i skojarzeń. Co istotne – jest to świetna literatura młodzieżowa. Może odrobinę staroświecka, ale przede wszystkim wartościowa i niewydumana.

Pozwolę sobie na puentę w żołnierskich słowach:

Nieprzekonanych nie przekona.
Miłośnikom na pewno się spodoba.
A tym, którzy nie znają...
Po prostu polecam.