wtorek, 28 sierpnia 2012

Kapiszon

 Tematyka pedofilii jest z pewnością nośna medialnie i u każdego wzbudza mniejsze lub większe emocje. Jeżeli miałbym skojarzyć ujęcie tego tematu w kulturze, to momentalnie przychodzi na myśl ciężkie kino moralnego niepokoju – szara kolorystyka, mroczna muzyka oraz kac moralny po seansie. Disko Anny Dziewit – Meller idzie w tej kwestii raczej pod prąd – książka ma zdecydowanie humorystyczną konwencję, lekką formułę, a głównym bohaterem jest właśnie pedofil.



Paweł Kozioł, trzydziestoletni tancerz po przejściach o skłonności do mocno niedojrzałych dziewczynek, dostaje posadę nauczyciela tańca w jednej ze śląskich podstawówek. Szybko wkupia się w łaski zdewociałej dyrektorki i zdobywa popularność wśród uczniów, a także – dla zachowania pozorów - nawiązuje dosyć intymne relacje z anglistką – nimfomanką. Dwulicowość Kozioła pozwala mu bezproblemowo knuć plan, który ma mu umożliwić dobranie się do 12 – letnich dziewcząt uwielbiających zajęcia taneczne. Agnieszka Jojko, nie grzesząca pewnością siebie i poczuciem własnej wartości uczennica o skomplikowanej sytuacji rodzinnej, jest skłonna zapałać uczuciem nawet wobec najmniejszej oznaki bliskości, co, jak się można spodziewać, wiedzie wprost w łapy nauczyciela – pedofila.

Warto nadmienić, że całość dzieje się w latach 90. ubiegłego wieku, więc dla młodszych czytelników będzie to również wyprawa do lat dzieciństwa. Przez całą książkę przewija się także, nieco zbyt nachalnie, wątek Kościoła i kleru – autorka z ironią traktuje wszelkie formy kultu i dewocji, choć w pewnym stopniu usprawiedliwione jest to humorystyczną formułą całej opowieści.

Wydaje się więc, że powieść ma wszystko, czego trzeba, by stać się głośną petardą, świetlistym fajerwerkiem na księgarskich półkach – bulwersujący temat ujęty w kontrowersyjny sposób, pewną dozę antyklerykalizmu, zręczny język i odpowiednią dynamikę. Niestety, okazuje się jedynie odpustowym kapiszonem – wprawdzie jest huk i błysk, ale ubaw mniejszy.

Disko jest powieścią ciekawą. Minąłbym się z prawdą, gdybym powiedział, że mnie nudziła – autorka biegle porusza się w obranej konwencji, narracja skrzy się humorem, a opis wydarzeń jest plastyczny i wciąga czytelnika od pierwszych stron książki. Ironicznie opisana rzeczywistość szyta grubymi nićmi sprawia, że czytelnik nabiera pewnego dystansu do wydarzeń, mniej angażuje się emocjonalnie, ale tempo jest dobre i finalnie, pomimo przewidywalności, Disko trzyma napięcie. Za plus trzeba policzyć barwne odmalowanie ostatniej dekady ubiegłego wieku – z pewnym sentymentem wspominałem hasła z ówczesnych reklam czy udanie opisaną rzeczywistość szkolną. Z drugiej strony, przyjęta formuła nie sprzyja tworzeniu „drugiego dna”, bądź przestrzeni do zasiania wątpliwości w umyśle czytelnika, więc powieść obfituje w płycizny, nie daje szansy zagłębić się w psychikę bohaterów. Postacie są szalenie przerysowane, co sprzyja śmiesznej formule opowieści. Autorka akcentuje u wszystkich szeroko pojętą fizjologię ciała, charakteryzuje zabawne detale ich wyglądu i barwnie nakreśla charaktery. Paweł Kozioł wzbudza u czytelnika obrzydzenie i negatywne wrażenia, co jest zrozumiałe ze względu na jego rolę w fabule, ale też autorka nie oszczędza go, przypisując my skrajną dwulicowość, cwaniactwo i odpychające nawyki higieniczne. Język, którym napisana jest powieść, pasuje w sam raz do humorystycznej prozy – bohaterowie klną na potęgę (jednak najczęściej ten element trąci pretensjonalnością), a część bohaterów używa śląskiej gwary, co akurat wypada bardzo fajnie. W kilku momentach wzbudziło jednak moją irytację zupełnie niepotrzebne użycie angielskich zwrotów. Nie były one w żaden sposób usprawiedliwione narracją, nie były odznaczone w tekście, wyglądały jakby autorka stwierdziła, że lepiej użyć słowa w języku obcym niż polskiego odpowiednika. Dla mnie jest to rzecz zupełnie niezrozumiała, mówiąc eufemistycznie. Fabuła przez cały czas zachowuje dynamikę, czytelnik w żadnym momencie opowieści się nie gubi i brnie w ekspresowym tempie przez blisko 300 stron, nie bez uciechy. Jedyne, co może irytować, to dosyć częste i bezpośrednie ironizowanie z realiów okołokościelnych – nie tyle dotkliwe, co ilościowo niestrawne.

W efekcie dostajemy zręcznie napisaną powieść, niepozbawioną atutów, ale też nie bez potknięć. Autorka też nie ujmuje w żadne ramy kluczowego, najbardziej ciężkiego, ale i najbardziej obiecującego czytelniczo wątku – skłonności Pawła Kozioła. One po prostu są, czytelnik jedynie obserwuje, a jednowymiarowy bohater nie ma na tym tle głębszych rozterek. Trzeba docenić odwagę podjęcia tematu i pójścia na przekór tendencyjnym jego ujęciom, ale jednak do zapamiętania tej książki na dłużej sam temat nie wystarczy. Odnosząc się do początku tej recenzji – autorka zamiast ciężkiego kina moralnego niepokoju wyreżyserowała niezbyt lotną intelektualnie komedię rodem zza oceanu. Czyta się nieźle, rozrywka niczego sobie, ale do lektury raczej się już nie wróci, bo po co?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz