Dzisiaj, wyrzucając śmieci, zauważyłem na kracie od wiaty śmietnika następującą wlepkę:
Doprawdy, nigdy nie wiadomo czym zaskoczy cię proza życia. ;)
czwartek, 11 kwietnia 2013
sobota, 23 marca 2013
Odkryć koło na nowo
Peter J. Vernezze napisał
książkę, która jest kolejną próbą wynalezienia koła na nowo.
Jaki jest sens pisania syntetycznego podręcznika stoickiej
filozofii, kiedy w każdej księgarni na półce stoją świetne
wydania Rozmyślań
Marka Aureliusza, a na bookini.pl są dostępne za darmo dzieła Seneki? Wszakże im dalej od źródeł, tym w rzece więcej glonów...
Po co więc serwować stary kotlet, tyle że podgrzany po raz setny w
mikrofalówce?
Powodów
jest kilka. Don't worry, be stoic
to ciekawa pozycja z pogranicza literatury popularnonaukowej i
poradnika psychologicznego, przedstawiająca stoicyzm, jako – za
podtytułem – antyczną mądrość na trudne czasy.
Autor, amerykański wykładowca filozofii, zebrał w tej pozycji
swoje eseje dotyczące stoickiej szkoły filozoficznej i posiłkując
się cytatami z Marka Aureliusza, Epikteta oraz Seneki próbuje
pokazać jej użyteczność w dzisiejszej rzeczywistości. Wbrew
pozorom nie jest to motywacyjna psychopasza nawołująca do
pozytywnego myślenia i aktywizmu życiowego. Vernezze ciekawie
odnosi stoicyzm do współczesnej mentalności, nauk Jezusa czy Buddy
i nie epatując czytelnika swoimi rozterkami, pokazuje w sympatyczny
sposób swoje życie wzbogacone o filozoficzne przemyślenia. Nie
daje oczywistych recept. Jeżeli dostrzega potencjalną słabość
danego poglądu, stara się sam z nią zmierzyć, więc czytelnik
dostaje filozoficzny wykład opatrzony osobistym komentarzem. Czyta
się dobrze, szybko, bez zbędnego wdawania się w szczegóły, co
każdy może zrobić we własnym zakresie.
No
właśnie. Czy lepiej sięgnąć po Don't worry, be stoic,
czy może od razu po dzieła klasyków? Moim zdaniem, lepiej czyta
się zapiski Marka Aureliusza, które darzę niesłabnącym
sentymentem od gimnazjalnego konkursu krasomówczego przed laty, a
biorąc pod uwagę, że dwa lata temu powstało nowe tłumaczenie
opatrzone ciekawymi dodatkami (wyd. Czarna Owca) zdaje się, że
sprawa jest oczywista. Jednakże warto spojrzeć na książkę
Vernezze'a jako klejnocik między poradnikami psychologicznymi, który
otwarcie odsyła do historycznych źródeł, a nie jest pisany na
zasadzie „recepta-na-idealne-życie-w-pięć-minut-za-jedyne-9,99$”.
Autor z wyraźną pokorą i akademickim obyciem podchodzi do tematu,
więc nawet jeżeli uznać to za poradnik, nie miałem przy lekturze
poczucia wciskania mi kitu, jak to często bywało przy książkach
typu Sekret Rhondy
Byrne, Getting Things Done
Allena (które można by skrócić o jakieś trzy czwarte) czy Moc
pozytywnego myślenia Peale'a.
Otóż,
odpowiedź na pytania ze wstępu dla mnie jest prosta – warto
pochylić się nad czymś, co inspiruje pokolenia od przeszło dwóch
tysięcy lat. A że w wersji uproszczonej i dostosowanej do
dzisiejszych czasów? Dla laika to raczej atut niż przeszkoda. Po
lekturze, jeżeli ktoś będzie miał potrzebę napić się u źródeł,
sięgnie po kapitalne dzieła sprzed stuleci. Ciekawskim – polecam.
![]() |
| Źródło |
czwartek, 24 stycznia 2013
Madame razy dwa
Jakiś czas temu w
Polityce przeczytałem artykuł o najważniejszych debiutach literackich po zmianie naszego ustroju i wiedziony ciekawością
sięgnąłem po Madame Antoniego Libery. Ukazanie się artykułu
zbiegło się w czasie z teatralną premierą adaptacji tej książki
w Teatrze na Woli. Ukończywszy więc książkę po kilku miesiącach
wciskania jej w wolne chwile, w poniedziałek pojawiłem się na
spektaklu.
Swoją drogą, lektura
Madame uświadomiła mi siłę marketingu. Czy nie jest tak, że
przeczesując książkową blogosferę nabieramy ochoty na książki
świeże, dobrze recenzowane, które ukazują się jednocześnie u
wielu blogerów czy w mediach? Za Liberę wziąłem się według
klucza wspomnianego artykułu, czyli jako jedną z ważniejszych
książek lat 90 – tych, i wówczas dotarło do mnie, jak świetne
książki mamy dosłownie pod nosem, podczas gdy brniemy w wątpliwej
jakości nowości tylko dlatego, że się dużo o nich
czyta/słyszy...
Do rzeczy:
1. Madame ma moją
ulubioną cechę – wielowymiarowość. Z jednej strony to opowieść
o młodzieńczej, wyidealizowanej miłości do zjawiskowej
nauczycielki francuskiego. Z drugiej – opowieść o zwyrodniałym
systemie politycznym, odzierającym ludzi z godności, tłamszącym w
zarodku twórczą myśl i artystyczne ambicje, a także przeżartym
kłamstwem do szpiku kości. Jeszcze inną warstwą jest obraz
rozterek młodego, nadwrażliwego, nieco efemerycznego młodzieńca,
który przede wszystkim marzy o Życiu na miarę Literatury. Jest to
też książka z wyraźnym akcentem położonym na książki same w
sobie – ich wartość, siłę i inspirację z nich płynącą.
Podczas lektury kilkukrotnie ten aspekt przywodził mi na myśl
Zafónowskie uwielbienie dla słowa pisanego.
2. Książka napisana
jest kapitalnym językiem i ma rodzaj humoru, który bardzo cenię.
Główny bohater zasypuje czytelnika masą swoich przemyśleń,
knując intrygi miłosne w celu zdobycia Madame i snując wyobrażenia
na temat swoich porażek i sukcesów. Jego emocjonalne rozterki
zajmują wiele stron, (no dobra, może czasem zbyt wiele), ale
jednocześnie pod tą watą słów, nawiniętym makaronem zdań,
tętni jakiś podskórny chichot, stłumiony rechocik. Często
łapałem się na tym, że czytam kolejne strony z uśmiechem na
twarzy i nie jestem pewien – czy to moje złudzenie, czy Libera z
taką maestrią włada językiem, iż przekazuje czytelnikowi
niewysłowiony „infrahumor”. Książka niepozbawiona jest
oczywiście melancholii czy klimatu rezygnacji przy fragmentach
bardziej upolitycznionych, ale równowaga zostaje zachowana i dzięki
temu powieść zdaje się być jednocześnie zarówno lekka, jak i
wypełniona po brzegi czymś wartym przemyślenia, przetrawienia.
3. Adaptacja w Teatrze na
Woli bardzo mi przypadła do gustu, ale muszę poczynić dwa
spostrzeżenia. Po pierwsze, bez lektury książki nie ma co na nią
iść, bo niektóre wątki są ujęte dosyć syntetycznie i mogą
budzić niezrozumienie. Po drugie, W całym spektaklu nieco na drugi
plan zostaje zepchnięty wątek miłosny, zaś obszernie ukazane jest
tło historyczno – polityczne powieści. Ponadto, cały spektakl
kładzie duży nacisk na aspekt komiczny książki, co nadaje całości
bardzo rozrywkowego charakteru. Należy wspomnieć o świetnej –
moim zdaniem – głównej roli Waldemara Barwińskiego i podkreślić
ciekawe rozwiązanie oprawy muzycznej – na scenie, przez cały
spektakl na żywo gra instrumentalne trio, będące chwilami istotną
częścią przedstawienia.
Podsumowując – gorąco
polecam Madame, najpierw w
wersji powieściowej, a następnie teatralnej.
A
teraz, w ramach eksploracji polskich debiutów sprzed paru lat, wezmę się za Weisera Dawidka...
czwartek, 15 listopada 2012
Hoło viator – religijne peregrynacje Szymona Hołowni
Z niecierpliwością
czekałem na najnowszą książkę Szymona Hołowni. Doceniam go za
publicystyczne zacięcie (nie mylić z zacietrzewieniem), renowację
zetlałych frazesów, przystępny przekład trudnych dla przeciętnego
zjadacza chleba kościelnych realiów na aktualny język życia
publicznego, a przede wszystkim – twórczą nadpobudliwość
połączoną z kreatywnością. Potrafił zaskoczyć w Monopolu na
zbawienie, poruszyć w Ludziach
na walizkach i zachęcić do
poszukiwań w boskiej biografii: Bóg.
Życie i twórczość.
Od dłuższego czasu na łamach prasy pojawiały się jego felietony
pisane z Zambii lub Ameryki Południowej, więc spodziewałem się,
że jego najnowsza książka będzie nosiła ślad tych podróży. No
cóż, okazało się, że nie były to jedyne wojaże Hołowni...
Na
stronach Last
minute. 24h chrześcijaństwa na świecie autor
odwiedził sześć kontynentów, około dwudziestu państw. W jakim
celu? By pokazać czytelnikom (a zdaje się również, że sam tego
potrzebował, gdyż wątek laicyzacji Zachodu spędza mu sen z powiek), że
chrześcijaństwo we wszystkich swych odmianach to rzecz o wiele
większa niż wydaje się zwykłym zjadaczom chleba (także tego konsekrowanego) patrzącym jedynie na rodzimy, katolicki ogródek.
Książka ma świetną formułę – z jednej strony mamy ustępy,
gdzie głos ma sam publicysta i w charakterystycznym dla siebie stylu
relacjonuje swoje wrażenia z podróży, ale nie stroni też od
nakreślania w nieco eseistycznej formie rysów historycznych czy
społecznych odwiedzanych miejsc. Z drugiej, dostajemy fragmenty, w
których Hołownia przeprowadza wywiady z osobami, do których chciał
dotrzeć, przy czym oddaje im głos na dłużej niż kilka zdań,
których oczekiwalibyśmy od zwykłego prasowego wywiadu. Ta forma
zdecydowanie zdaje egzamin – nieco egzaltowany i efekciarski styl
dziennikarza, do którego zdołał nas przyzwyczaić w swoich
książkach i artykułach zostaje nieco na bocznym torze, nie
powoduje przesytu czy wręcz irytacji, a wywiady są przeprowadzone
naprawdę ciekawie.
Ciekawi
są też ludzie, których autor spotyka na swojej drodze. Honduras:
kardynał Maradiaga, który osobiście pilotuje śmigłowce, którymi
przemieszcza się do wiernych i przez cały czas jest otoczony
ochroną, gdyż stale naraża się na gniew narkotykowych karteli.
Papua – Nowa Gwinea: ekipa misjonarzy tłumacząca Biblię na
endemiczne języki miejscowych plemion, w których nie ma takich słów
jak baranek
czy żłób.
Guam: komandor podporucznik, będący jednocześnie duszpasterzem
amerykańskich żołnierzy. USA: ludzie z radykalnego ruchu The
Simple Way,
którzy z pacyfizmem na ustach i łatką lewicowych radykałów
każdego dnia szukają mistyki i pragną, by Słowo stało się
ciałem. Turkmenistan: polscy księża wytrwale od lat budujący
wspólnotę katolików w skrajnie trudnych warunkach społecznych i
politycznych. Last
minute ma
24 rozdziały i każdy z nich niesie ze sobą inną historię toczącą
się w innym miejscu, innych warunkach i wszyscy czytelnicy znajdą
tam coś dla siebie.
Zaraz,
zaraz. Jak to wszyscy? Przecież założenie jest takie, że Hołownia
to publicysta na wskroś katolicki, do którego jakiś czas temu
przylgnęło określenie Terlikowski
light.
Więc książka jest tylko dla katolików, prawda? No cóż, moim
zdaniem niezupełnie. Last
minute to
pozycja, którą poleciłbym chociażby antyklerykałom. Kościół
katolicki zdaje się być w naszym kraju wygodnym podmiotem
publicystycznej chłosty (choć nie ukrywajmy – niejednokrotnie
jest za co), jednakże przy przyjęciu odpowiedniej perspektywy,
nawet najgorliwszy przeciwnik musi przyznać, że Kościół na całym
świecie (w Polsce również, choć nie o tym jest mowa) ma „za
uszami” olbrzymie ilości rzeczy po prostu dobrych i potrzebnych, w
których państwo czy społeczeństwo jako takie nie radziłoby
sobie. Poza tym, prezentując feerię barw religijnego życia
na globie, w skrajnie odmiennych uwarunkowaniach, Hołownia
„wyciąga” czytelnika ponad polskie piekiełko i pokazuje, że
chrześcijaństwo jest rzeczą o wiele większego kalibru, niż
lokalnym, europejskim zjawiskiem. Gdyby popatrzeć nań ze świeckiego
punktu widzenia, jest ideą, która – tak jak prawa człowieka czy
międzynarodowe organizacje – ma szeroki zasięg i konkretny
przekaz. Oczywiście każdy może mieć inne zdanie na ten temat
(myślę, że znaleźliby się chętni, którzy spokojnie mogliby
napisać Last
minute
w lustrzanym odbiciu, 24 rozdziały rozliczania chrześcijan) ale
faktom ciężko zaprzeczyć. Jest to też książka w dużym stopniu
o charakterze ekumenicznym – wielokrotnie
dostajemy
tu rozważania, z których wynika jasno, że prawosławie,
protestantyzm, katolicyzm i inne odłamy, to tak naprawdę spojrzenie
w tym samym kierunku, choć z różnych perspektyw, a dziennikarz
świetnie odnajduje się w tym kontekście i potrafi to dobrze ubrać
w słowa.
Szymon
Hołownia nie zawiódł. Last
minute. 24h chrześcijaństwa na świecie, rewelacyjnie
wydane, czyta się jak dobrą literaturę podróżniczą, choć
traktuje o wojażach w ograniczonym zakresie. Co istotniejsze – to
książka prowokująca do myślenia, przewartościowywania, szukania
nowych punktów widzenia zarówno do apologii, jak i do krytyki
chrześcijaństwa w świecie. O samej książce niewiele więcej już można powiedzieć... Raczej
trzeba przeczytać. Warto.
piątek, 9 listopada 2012
Gdzie jest maszynista?
Moja lektura
najważniejszej powieści Bronisława Wildsteina ciekawie się
zbiegła w czasie z ostatnimi wydarzeniami wstrząsającymi jedną z
najważniejszych gazet codziennych w Polsce. Oto na łamach
ukazuje się artykuł
wybiegający poza dziennikarską rzetelność, dotykający
najdrażliwszych kwestii polskiego życia publicznego. W mediach
następuje krótkie, ale gwałtowne wyładowanie atmosferyczne, po
czym informacje zostają zdementowane, choć zdążyły na ich temat
wypowiedzieć się najważniejsze osoby w państwie, aczkolwiek
dementi tak naprawdę nie jest ostateczne. Po kilku dniach wydawca
zwalnia z redakcji bezpośrednio odpowiadającego za artykuł
dziennikarza oraz jego zwierzchników. Ta sytuacja do złudzenia
przypomina historię przedstawioną w Dolinie nicości.
Mam jedynie nadzieję, że nie ma aż takiego drugiego dna, jak ta z
książki, bo opowieść Wildsteina nie jest ani łatwa, ani lekka,
ani przyjemna.
Do
młodego dziennikarza śledczego Stanisława Czułny trafiają
materiały obciążające jedną z najważniejszych postaci polskiej
kultury, uznanego przez ogół Polaków za autorytet profesora Lwa.
Nie byle jakie to materiały, bo są to dokumenty dowodzące, że
profesor w latach poprzedniego systemu współpracował z SB.
Medialna bomba zostaje zaakceptowana do publikacji przez redaktora
naczelnego Kuriera,
Adama Wilczyckiego. Zgodnie z przewidywaniami, informacje wstrząsają
opinią publiczną. Rozpętana zostaje bezwzględna, zakulisowa gra,
w której Wilczycki i Czułno są zwierzyną łowną, a mająca na
celu uciszyć wszelkie głosy nawołujące do przeprowadzenia
lustracji raz na zawsze. W nagonce pierwsze skrzypce gra wszechwładny
magnat medialny, Michał Bogatyrowicz, który pociąga za wszystkie
sznurki medialnego półświatka. W sukurs przychodzi mu również
Jan Return, legenda polskiego dziennikarstwa, który niesie za sobą
skrywaną przez lata dramatyczną historię... W tym galimatiasie
znajdzie się również Kościół, biznesowe elity, byli agenci oraz
drugoplanowi architekci potransformacyjnego porządku, działający w
białych rękawiczkach... Czy skompromitowany przez przeciwników
Wilczycki zdoła oczyścić swoje imię i doprowadzić kanalie przed
oblicze sprawiedliwości? Czy tajemnicze zbrodnie z przeszłości
zostaną raz na zawsze rozliczone? Czy szeroko zakrojona manipulacja
Bogatyrowicza powstrzyma kamyk zwiastujący lawinę? Od siebie
powiem, że nie warto wierzyć swoim przeczuciom...
Powieść
udało mi się nabyć za kilka złotych w formie e-książki, a że
to wciąż pole dynamicznego rozwoju wydawniczego, zawsze warto
zwrócić wydawcom uwagę na ewentualne rzeczy do poprawki. Niestety,
tekst (przynajmniej na czytniku kindle) dosyć mocno się zlewa,
dialogi czasem bezpośrednio przechodzą w narrację, co utrudnia
czytanie i połapanie się w wątkach. Co więcej, poszczególne
ustępy w tekście nie są zaznaczone wcięciem (akapitem) co
komplikuje wyłapanie dynamiki opowieści.
Wildstein
opracował ciekawą, wielowątkową fabułę na bardzo nośny temat.
Mimo pewnych z góry poczynionych przeze mnie założeń, udało mu
się zaskoczyć. Może uśpiło moją czujność zaszufladkowanie
autora do konkretnej opcji światopoglądowej, ale kreowany świat
jest po prostu interesujący, choć narracja bywa, moim zdaniem,
nieco ciężkostrawna. Demokracja, która na dobre nie zapuściła
korzeni, owocuje patologiami na najwyższych szczeblach.
Nierozliczona przeszłość sączy truciznę w społeczny krwiobieg.
Media są szalenie podatne na manipulacje i uwikłane w niejasne
zależności. Obraz dosyć przygnębiający, może trochę trąci
spiskową teorią dziejów, ale jednocześnie wydaje się w jakiś
sposób prawdziwy. Lustracja to niewątpliwie kwestia sporna w
najnowszej historii RP, ale nie dajmy się zwieść pozorną
nieobecnością tematu w mediach. Ujawnienie i rozliczenie aparatu
PRL jest wciąż sprawą gorącą, budzi wiele wątpliwości (co
Wildsteinowi dobrze udało się pokazać), a co gorsza – demonów z
przeszłości zarówno konkretnych ludzi, jak i społeczeństwa.
Pisarz
kreśli dwuznaczności postaw postaci, każda z nich ma mocno
rozbudowaną historię i motywacje. Niestety, potencjał niektórych
charakterów pozostaje niewykorzystany, gdyż autor niespecjalnie
operuje chociażby językiem postaci. Odniosłem wrażenie, że
większość z nich wygłasza bez charakteru swoje kwestie, które
niejednokrotnie są sążniste i merytoryczne, ale też przez to
nieco... sztuczne. Kluczowi bohaterowie nie mają w swoich
wypowiedziach niczego, co by przykuwało uwagę, dodatkowo ich
charakteryzowało, wygłaszają swoje zdania niejako „z urzędu”
i przez to rozmywają się pośród plejady drugorzędnych postaci, a
powiedzmy sobie otwarcie – Wildstein kreuje ich olbrzymią ilość.
Dialogi są papierowe, mało wiarygodne. Atutem Doliny
nicości jest literackie
odzwierciedlenie realnego świata polskich mediów – niektórzy
bohaterowie do złudzenia przypominają prawdziwych ludzi ze
świecznika i przyjemnym elementem rozgryzania tej książki było
dopasowanie pewnych faktów fikcyjnych do ich rzeczywistych
odpowiedników. Oczywiście autor czyni to według klucza swoich
poglądów politycznych i społecznych, więc można to rozpatrywać
bardzo różnie, ale dla mnie to akurat plus – pełnokrwista,
aktualna powieść z przekazem nie zdarza się za często.
Wreszcie,
przebrnąwszy przez moje wrażenia, tłumaczę się z tytułu tego
tekstu. Bardzo mnie zaintrygowała refleksja Bogatyrowicza, w której
analizował nieodzowność swojego postępowania dla utrzymania
polityczno – społecznego status quo
i użył wobec siebie określenia, iż jest jednym z tych, którzy
siedzą w maszynowni świata.
Po zakończeniu Doliny nicości w
mojej głowie nieznośnie kołatała się taka wątpliwość... Czy
ta metaforyczna maszynownia świata istnieje? Czy faktycznie można
uznać, że gdzieś istnieje grono architektów
naszego sposobu myślenia, który swoją władzą może pognębić
prawdę i sprzedać każdy fałsz? Czy może jednak rzeczywistość
jest bezwładną lokomotywą bez maszynisty, podatną na wykolejone
przez kogoś tory? Ostatnie wydarzenia w polskiej prasie i polityce
wskazują na to, iż nasze status quo
to w rzeczywistości beczka prochu, której lontem może być tylko
artykuł w gazecie. Dziennikarski błąd czy intryga maszynisty?
Niedochowanie staranności czy odskakująca pokrywka znad garnka
zbiorowych wątpliwości?
środa, 7 listopada 2012
Między prawicycą a lewicycą
Fundamentalne pytania:
Czy cel uświęca środki? Czy obalony dyktator deklarujący w drodze
na szafot „chciałem dobrze i rządziłem zgodnie z moi ideałami!”
jest moralnie rozgrzeszony? Czy aby poskromić zło można posłużyć
się jego metodami w obronie dobra?
Jeżozwierz Juliana
Barnesa to przewrotnie napisana powieść, choć fikcja miesza się z
niej z nieodległymi faktami z historii XX – wiecznej Europy.
Transformacja ustrojowa, Jesień Narodów, rozpad Związku
Radzieckiego, westernizacja środkowoeuropejskich społeczeństw,
historyczne rozliczenia z aparatem socjalistycznym... Brzmi znajomo?
Wprawdzie opowieść osadzona jest w nieistniejącym
postkomunistycznym państwie (choć Barnes wyraźnie nawiązuje w
książce do Bułgarii, a bohatera można skojarzyć z Todorem Żiwkowem) ale polski czytelnik z pewnością odnajdzie
w tej książce pewien mianownik, który łączy wszystkie demoludy
przechodzące przez bolesne przemiany lat dziewięćdziesiątych.
Stojo
Petkanow, komunistyczny przywódca kraju, wskutek wolnościowych
zmian wstrząsających całym Związkiem Radzieckim, traci władzę i
oczekuje w swojej celi na precedensowy proces. Po pierwsze, nie do
końca wiadomo, na podstawie jakiego prawa go sądzić, skoro przez
kilkadziesiąt lat je tworzył i według niego działał zgodnie z
prawem. Po drugie, czy proces w ogóle należy się tyranowi nie
cofającemu się przed uśmiercaniem rodaków i zupełną
degrengoladą gospodarczą kraju tylko po to, by stworzyć w pełni
socjalistyczne państwo? Wielu wystarczyłby pluton egzekucyjny lub
sfingowany wypadek, albo „proces moralny”, czyli na dobrą sprawę
pokazowy. Po trzecie, czy w ogóle da się wydać rzetelny wyrok ,
skoro brakuje dowodów celowo zniszczonych przez aparat państwowy,
ewentualni świadkowie nie żyją, a zdegenerowany system prawny nie
wskazuje tego, co jest przestępstwem, a co nie? Petkanow nie ucieka
przed sprawiedliwością, staje na sali sądowej z otwartą przyłbicą
i jako socjalista głęboko wierzący w „naukowe metody” i
„demokrację ludową” chce odpowiadać jedynie za ewentualne
błędy polityczne, a nie moralne. Mistrz manipulacji i sofistycznej
retoryki nie dostrzega żadnych etycznych wypaczeń swoich rządów i
nie zamierza odejść bez walki...
Kto
więc podejmie się walki z tyranem? Antagonistą Petkanowa staje się
Piotr Soliński, profesor prawa wyniesiony do urzędu prokuratora
generalnego na fali demokratycznych przemian. Jest świadom, że
ludzie chcą krwi, głowy Petkanowa toczącej się po bruku,
drugorzędne znaczenie ma dla nich sprawiedliwy i rzetelny proces.
Soliński, zacietrzewiony opozycjonista, syn partyjnego renegata i
sam za młodu gorąco wierzący w socjalizm, stara się zniszczyć
dyktatora lege artis, ale
uświadamia sobie, że to nie jest możliwe... Czy odważy się
sięgnąć po ciosy, jakich nie powstydziłby się jego oponent?
Całość
powieści nie jest specjalnie porywająca, ale nie pozwala przejść
obok siebie obojętnie. Dwóch wiarygodnych, ciekawych bohaterów,
świetnie zarysowane realia historyczne i stan ducha społeczeństwa
żądnego chleba (dosłownie) i igrzysk (w rozliczeniu Petkanowa) to
zdecydowanie mocne punkty tej powieści. Barnes nie pozwala sobie na
niedoróbki, całość jest złożona i przewrotna – nie wierzę,
że ktokolwiek od początku do końca miał jednoznaczną moralną
ocenę bohaterów. Trzeba też docenić pewne diagnozy, jakie stawia
Barnes, osoba z zupełnie innego kręgu polityczno – kulturowego.
Zastanawiające są reakcje młodych ludzi na proces transmitowany w
telewizji – czy oni chcą sprawiedliwości, czy z góry ustawionego
starcia nowego porządku ze starym? Czy pewnych idei nie kupili
zupełnie bezkrytycznie? Historia pokazała, że socjalizm jest
ustrojem stworzonym na absolutnie błędnych założeniach, który
ulega koszmarnym w skutkach wypaczeniom, ale czy demokracja niesie ze
sobą jedynie dobre zmiany? Bardzo mi się podobała lektura tej
książki obecnie, gdy ten demokratyczny, wolnościowy model
gospodarki oparty głównie na sztucznie pompowanym wzroście,
potknął się kilka lat temu i niemrawo się podnosi. Przytoczę
fragmenty rozmowy obu głównych bohaterów:
- Czego chcą
ludzie? Chcą stabilizacji i nadziei. I myśmy im to dali. Nie
wszystko było doskonałe, ale za socjalizmu ludzie mieli podstawy,
by marzyć, że kiedyś tak będzie. A wy – wy daliście im tylko
destabilizację i brak nadziei. Zalew przestępczości. Czarny
rynek. Pornografię. Prostytucję. (…) Sprzedają pornografię na
schodach mauzoleum pierwszego przywódcy. Uważasz, że to dobry
dowcip? Uważasz, że to mądre? Uważasz, że to postęp?
-(…)
Powiedziałbym, że pierwszy przywódca specjalizował się w
pornografii. (…) Powiedział pan, że dawaliście ludziom
nadzieję. Nie, wy dawaliście im złudzenia. Wielkie cyce,
ogromniaste kutasy i nieustanne pieprzenie się każdego z każdym.
Tym kupczył pański pierwszy przywódca, a przynajmniej
politycznymi odpowiednikami. Pański socjalizm jest tego właśnie
typu złudzeniem. A nawet jeszcze większym. W tym, co sprzedają
przed mauzoleum jest przynajmniej jakaś doza prawdy, w tych
wszystkich świństwach.
-No i kto ucieka
się do tanich porównań, Piotrze? Jak miło słyszeć prokuratora
generalnego występującego w obronie pornografii. Jesteś bez
wątpienia równie dumny z inflacji, czarnego rynku, kurw na
ulicach?
-Są trudności.
(…) Jesteśmy w okresie przejściowym. Muszą być bolesne
przystosowania. Musimy zrozumieć twarde reguły ekonomiki. Musimy
wytwarzać towary, które ludzie chcą kupić. Wtedy osiągniemy
dobrobyt.
-(…)
Pornografia, mój drogi Piotrze. Cyce i kutasy. Czego i tobie życzę.
Jeżozwierz
nie jest książką powalającą. Wydaje się mniej poruszający niż
Poczucie kresu, choćby dlatego, że los Anthony'ego Webstera
dotyka w jakiś sposób każdego z nas, a starcie Solińskiego i
Petkanowa ma zupełnie inny wymiar i tematykę. Jednak nie można
zaprzeczyć, że książka Barnesa stawia fundamentalne pytania –
zarówno przy lekturze, gdy jesteśmy blisko przeżyć bohaterów, jak i w oderwaniu od niej. Myślę jednak, że
nie każdy chce na te pytania sobie odpowiadać, zwłaszcza że są osadzone w dosyć
statycznej fabule. Nie ma w tej książce fajerwerków,
twistów fabularnych, olśniewającej puenty. Jednak jest to proza o
iście angielskiej elegancji, błyskotliwie napisana, złożona i...
(to chyba będzie już u mnie słowo klucz w przypadku Barnesa)
przewrotna. Nie każdemu się spodoba, ale ja stawiam tę pozycję na
półce obok Poczucia kresu i wiem, że nie przejdę obojętnie
obok następnych książek autora Jeżozwierza.
poniedziałek, 22 października 2012
O czym myśli Jerzy Stuhr?
Od dobrych kilku miesięcy
na listach bestsellerów widnieją dzienniki Jerzego Stuhra z okresu
walki z chorobą nowotworową, zatytułowane Tak sobie myślę...
Nie sposób przejść obok tej
pozycji obojętnie, chociażby ze względu na nietuzinkowość osoby
autora. Wykładowca akademicki, który wypuszcza spod swych skrzydeł
kolejne pokolenia ludzi związanych ze sceną. Aktor uniwersalny w
najszerszym tego słowa znaczeniu: jego osiągnięcia na deskach
teatrów, po obu stronach kamery, w dziedzinie dubbingu czy tworzeniu
słuchowisk można wyliczać w nieskończoność. Wreszcie: człowiek
rodzinny, obywatel, patriota, inteligent. Dlatego też, gdy Stuhr
mówi, że „sobie myśli”, z nieodpartą ciekawością chciałem
się dowiedzieć o czym.
Najpierw
kwestie techniczne. Wydawnictwo Literackie
zrobiło świetną robotę. Książka wydana jest w wygodnym
formacie, twardej oprawie i ma rewelacyjną szatę graficzną. W
tekst doskonale wkomponowane są fotografie związane z treścią
zapisków, a także przedrukowane są strony oryginalnego dziennika,
które, oprócz waloru czysto estetycznego, nadają książce rodzaj
pewnej ciężko uchwytnej... intymności? Bezpośredniości? Patrząc
na własnoręczne bazgroły Jerzego Stuhra ma się dodatkowe wrażenie
autentyczności czytanego tekstu.
A
trzeba podkreślić, że lektura jest pierwszorzędna. Wprawdzie
wszędzie zaznacza się, że Tak sobie myślę... było
spisywane w czasie walki z chorobą, ale osobiście odniosłem
wrażenie, że nowotwór jest swego rodzaju tłem, sztafażem, który
spowija wszystkie rozważania autora, ale jednocześnie nie jest to
kwestia dominująca w całym tekście. A skoro nie tylko o chorobie,
to o czym pisze Stuhr? O wszystkim po trochu!
Dużo
miejsca poświęca kulturze, ze zrozumiałym akcentem położonym na
teatr i film. Podsumowuje swój dorobek artystyczny, poddaje
gruntownej krytyce to, co mu się nie podoba, rozważa na temat
istoty zawodu aktora i jego przyszłości. W tej sferze wykazuje się
daleko posuniętym krytycyzmem, bezkompromisowo piętnuje słabości
współczesnego kina czy teatru. Gdy mówi o swoich dokonaniach, bądź
o dokonaniach bliskich, wydaje się o wiele bardziej tolerancyjny,
ale ciężko od niego wymagać w tej materii obiektywizmu.
Stuhr
jest także bacznym obserwatorem rzeczywistości, zarówno w
kontekście polityczno – społecznych aktualności, jak i z
szerszej, długofalowej perspektywy. Komentuje na bieżąco, czasem
granicząc nawet ze złośliwością czy gniewem, medialne
doniesienia z tych kilku miesięcy, w których prowadził dziennik.
Jest surowy dla rodaków, gdy wykazują się prowincjonalizmem lub
typowo polską megalomanią. Precyzyjnie diagnozuje polskie
kompleksy, ale czyni to bez większego zacietrzewienia, choć w kilku
momentach zaczyna się dosyć otwarcie z wyższością szarogęsić.
Pisze o futbolu, patriotyzmie, mediach, zachowując swój
indywidualny, często bardzo krytyczny, punkt widzenia.
Forma
dziennika ma to do siebie, że w największym stopniu odsłania
wnętrze samego diarysty. W Tak sobie myślę...
Jerzy Stuhr pisze bez - jakże charakterystycznego dla
współczesności – emocjonalnego ekshibicjonizmu, ale pisze o
rzeczach dla siebie ważnych, które mają lub miały dla niego
szczególne znaczenie. Rozważa swoją ścieżkę zawodową,
wspominając kluczowe punkty w swojej karierze, a także, w
kontekście swojej pracy akademickiej, przedstawia swoje aktorskie
credo. Daje się
również we znaki jego inteligencki rodowód – uważa się za
pełnoprawnego przedstawiciela tej endemicznej klasy społecznej i to
także stanowi pewien pryzmat, przez który obserwuje rzeczywistość.
Ciepło pisze o swoich najbliższych – jednym z najważniejszych
wątków jest rodzinne i pełne ekscytacji oczekiwanie na wnuczkę;
często pisze również o swoim synu, kibicując mu i po ojcowsku
troszcząc o jego zawodową drogę. W wielu momentach przytacza myśli
swoich autorytetów i mistrzów, by nad nimi chwilę się pochylić,
sypie anegdotami, a kilkukrotnie jego zapiski dotyczą ważnych dla
niego postaci, którzy odeszli w okresie prowadzenia dziennika (w tym
kontekście np. bardzo ciepło wspomina Vaclava Havla). Wzruszające
jest przytaczanie niektórych listów, pełnych otuchy i wsparcia,
które otrzymuje od różnych ludzi, zarówno dzielących z nim los
chorego, jak i osób, którzy poczuli potrzebę wyrażenia swoich
uczuć wobec kogoś dla nich ważnego. Wreszcie, Tak sobie
myślę... ukazuje człowieka,
który z nadzieją i uporem trzyma się życia i zwycięsko wychodzi
z choroby, przy czym najbardziej poruszające są dla mnie dwa
momenty tej książki. Pierwszy, gdy autor pod koniec książki,
tworzy listę dobrych rzeczy, jakie dała mu choroba. A drugi to
załączony na koniec książki wywiad dotyczący już tylko choroby
i walki z nią.
Dziennik czasu choroby
Jerzego Stuhra jest znakomitą rozrywką, (zarówno intelektualną,
jak i emocjonalną), a także kopalnią cytatów, anegdot i ciekawych
rozważań. Od poglądów aktora można się dystansować, spierać
się z nim lub je akceptować, ale myślę, że lektura Tak
sobie myślę... nie pozostawi
nikogo obojętnym, zwłaszcza, jeżeli w ciągu ostatniego roku
śledziło się życie społeczne i kulturalne naszego kraju. Czasem
Stuhr na kartach dziennika jest dosadny i bezkompromisowy, z drugiej
strony bywa czuły i wrażliwy, ale czytając tę książkę mamy
pewność, że obcujemy z jedną z najciekawszych postaci polskiej
kultury.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



